- To twój świat i każdy o tobie wszystko wie, a przynajmniej tyle na ile sama pozwalasz. Pozwalasz mi wiedzieć ile masz lat, ale nie pozwalasz mi się dowiedzieć dlaczego płaczesz. Pozwalasz mi podejść, ale nie pozwalasz mi się zbliżyć. Zrobię to co tylko będzie chciała twoja wyobraźnia.
Pomyślałam o jednej rzeczy.
- W granicach rozsądku - dodała kobieta jakby słysząc tę myśl, ale się uśmiechnęła.
***
Nie zawsze w moim świecie jest kolorowo. U mnie świat ma różne barwy.
Teraz znalazłam się znów przed główną bramą. Znów się przenoszę do mojego świata, znów czerwona brukowa kostka zamienia się w marmurowe płyty, znów rondo i fontanna, znów kobieta z marmuru. Jak dotąd będąca moim jedynym przyjacielem. Nas mój widok uśmiecha się, ja nie. Idę przed siebie, nie widzę jej. Tym razem czuję, ze ma się stać coś niedobrego, czuję to każdym calem mojej duszy. Tym razem jest tylko jedna ścieżka. Wchodzę na nią. Czerwona kostka, ma dziwny odcień czerwieni. Dziwny zapach unoszący się w powietrzu. Kojarzę go i aż minie zatyka, ale nie ma powrotu muszę iść dalej. Im bliżej celu tym płytki są bardziej wilgotne, a zapach intensywniejszy. Staję w końcu przed drzwiami. Starymi i zaniedbanymi, z łuszczącą się farbą i czerwoną śmierdzącą cieczą wypływającą przez szparę przy posadzce.
Drzwi się otwierają. Jest tam kilku ludzi. A dokładniej czterech mężczyzn. Trzech stojących nad jednym. Ubrani na szaro, jednakowo, nie są mocno zbudowani, raczej szpakowatej budowy. Stoją nad człowiekiem z długimi włosami, zlepionymi ową cieczą, człowiek klęczy pochylony ściska się za brzuch. Ma liczne rany i siniaki, połamane palce rąk powykrzywiane w różnych kierunkach. Pluje krwią, jego koniec jest bliski. Jeden z ludzi stojących nad nim unosi metalową pałkę uderzając między łopatkami. Klęczący tego nie wytrzymuje i pada już całkowicie. Jeszcze żyje, choć coraz trudniej oddycha, nie jęczy, nie krzywi się, ale oczy przepełnione są bólem. Drugi ze stojących zaczyna go kopać. Z oczu leżącego zaczyna uciekać ból. Pojawia się obojętność, później mętność, ten co kopie nie przestaje, a pozostali zaśmiewają się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt oprócz umierającego. Patrzy na mnie, ale nie potrafię odczytać z jego oczu już nic. Są puste, martwe. On sam jest martwy.
Nie rozumiem tego choć mam 17 lat. Wciąż za mało. Obraz się rozpływa znów jestem w realnym świecie.
Teraz znalazłam się znów przed główną bramą. Znów się przenoszę do mojego świata, znów czerwona brukowa kostka zamienia się w marmurowe płyty, znów rondo i fontanna, znów kobieta z marmuru. Jak dotąd będąca moim jedynym przyjacielem. Nas mój widok uśmiecha się, ja nie. Idę przed siebie, nie widzę jej. Tym razem czuję, ze ma się stać coś niedobrego, czuję to każdym calem mojej duszy. Tym razem jest tylko jedna ścieżka. Wchodzę na nią. Czerwona kostka, ma dziwny odcień czerwieni. Dziwny zapach unoszący się w powietrzu. Kojarzę go i aż minie zatyka, ale nie ma powrotu muszę iść dalej. Im bliżej celu tym płytki są bardziej wilgotne, a zapach intensywniejszy. Staję w końcu przed drzwiami. Starymi i zaniedbanymi, z łuszczącą się farbą i czerwoną śmierdzącą cieczą wypływającą przez szparę przy posadzce.
Drzwi się otwierają. Jest tam kilku ludzi. A dokładniej czterech mężczyzn. Trzech stojących nad jednym. Ubrani na szaro, jednakowo, nie są mocno zbudowani, raczej szpakowatej budowy. Stoją nad człowiekiem z długimi włosami, zlepionymi ową cieczą, człowiek klęczy pochylony ściska się za brzuch. Ma liczne rany i siniaki, połamane palce rąk powykrzywiane w różnych kierunkach. Pluje krwią, jego koniec jest bliski. Jeden z ludzi stojących nad nim unosi metalową pałkę uderzając między łopatkami. Klęczący tego nie wytrzymuje i pada już całkowicie. Jeszcze żyje, choć coraz trudniej oddycha, nie jęczy, nie krzywi się, ale oczy przepełnione są bólem. Drugi ze stojących zaczyna go kopać. Z oczu leżącego zaczyna uciekać ból. Pojawia się obojętność, później mętność, ten co kopie nie przestaje, a pozostali zaśmiewają się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt oprócz umierającego. Patrzy na mnie, ale nie potrafię odczytać z jego oczu już nic. Są puste, martwe. On sam jest martwy.
Nie rozumiem tego choć mam 17 lat. Wciąż za mało. Obraz się rozpływa znów jestem w realnym świecie.
No comments:
Post a Comment