Thursday, June 5, 2008
Pragnę serdecznie podziękować, pewnej M. za dochowanie dyskrecji, pragnę także pozdrowić wszystkich wczytujących się w tego bloga z nadzieją na poczytanie nowych sensacji zwłaszcza tych uczących ... Niestety z przykrością stwierdzam, że muszę zaprzestać pisania w tej witrynie. Do zobaczenia w szkole.
Wednesday, June 4, 2008
- Skąd wiesz ile mam lat? - zapytałam
- To twój świat i każdy o tobie wszystko wie, a przynajmniej tyle na ile sama pozwalasz. Pozwalasz mi wiedzieć ile masz lat, ale nie pozwalasz mi się dowiedzieć dlaczego płaczesz. Pozwalasz mi podejść, ale nie pozwalasz mi się zbliżyć. Zrobię to co tylko będzie chciała twoja wyobraźnia.
Pomyślałam o jednej rzeczy.
- W granicach rozsądku - dodała kobieta jakby słysząc tę myśl, ale się uśmiechnęła.
- To twój świat i każdy o tobie wszystko wie, a przynajmniej tyle na ile sama pozwalasz. Pozwalasz mi wiedzieć ile masz lat, ale nie pozwalasz mi się dowiedzieć dlaczego płaczesz. Pozwalasz mi podejść, ale nie pozwalasz mi się zbliżyć. Zrobię to co tylko będzie chciała twoja wyobraźnia.
Pomyślałam o jednej rzeczy.
- W granicach rozsądku - dodała kobieta jakby słysząc tę myśl, ale się uśmiechnęła.
***
Nie zawsze w moim świecie jest kolorowo. U mnie świat ma różne barwy.
Teraz znalazłam się znów przed główną bramą. Znów się przenoszę do mojego świata, znów czerwona brukowa kostka zamienia się w marmurowe płyty, znów rondo i fontanna, znów kobieta z marmuru. Jak dotąd będąca moim jedynym przyjacielem. Nas mój widok uśmiecha się, ja nie. Idę przed siebie, nie widzę jej. Tym razem czuję, ze ma się stać coś niedobrego, czuję to każdym calem mojej duszy. Tym razem jest tylko jedna ścieżka. Wchodzę na nią. Czerwona kostka, ma dziwny odcień czerwieni. Dziwny zapach unoszący się w powietrzu. Kojarzę go i aż minie zatyka, ale nie ma powrotu muszę iść dalej. Im bliżej celu tym płytki są bardziej wilgotne, a zapach intensywniejszy. Staję w końcu przed drzwiami. Starymi i zaniedbanymi, z łuszczącą się farbą i czerwoną śmierdzącą cieczą wypływającą przez szparę przy posadzce.
Drzwi się otwierają. Jest tam kilku ludzi. A dokładniej czterech mężczyzn. Trzech stojących nad jednym. Ubrani na szaro, jednakowo, nie są mocno zbudowani, raczej szpakowatej budowy. Stoją nad człowiekiem z długimi włosami, zlepionymi ową cieczą, człowiek klęczy pochylony ściska się za brzuch. Ma liczne rany i siniaki, połamane palce rąk powykrzywiane w różnych kierunkach. Pluje krwią, jego koniec jest bliski. Jeden z ludzi stojących nad nim unosi metalową pałkę uderzając między łopatkami. Klęczący tego nie wytrzymuje i pada już całkowicie. Jeszcze żyje, choć coraz trudniej oddycha, nie jęczy, nie krzywi się, ale oczy przepełnione są bólem. Drugi ze stojących zaczyna go kopać. Z oczu leżącego zaczyna uciekać ból. Pojawia się obojętność, później mętność, ten co kopie nie przestaje, a pozostali zaśmiewają się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt oprócz umierającego. Patrzy na mnie, ale nie potrafię odczytać z jego oczu już nic. Są puste, martwe. On sam jest martwy.
Nie rozumiem tego choć mam 17 lat. Wciąż za mało. Obraz się rozpływa znów jestem w realnym świecie.
Teraz znalazłam się znów przed główną bramą. Znów się przenoszę do mojego świata, znów czerwona brukowa kostka zamienia się w marmurowe płyty, znów rondo i fontanna, znów kobieta z marmuru. Jak dotąd będąca moim jedynym przyjacielem. Nas mój widok uśmiecha się, ja nie. Idę przed siebie, nie widzę jej. Tym razem czuję, ze ma się stać coś niedobrego, czuję to każdym calem mojej duszy. Tym razem jest tylko jedna ścieżka. Wchodzę na nią. Czerwona kostka, ma dziwny odcień czerwieni. Dziwny zapach unoszący się w powietrzu. Kojarzę go i aż minie zatyka, ale nie ma powrotu muszę iść dalej. Im bliżej celu tym płytki są bardziej wilgotne, a zapach intensywniejszy. Staję w końcu przed drzwiami. Starymi i zaniedbanymi, z łuszczącą się farbą i czerwoną śmierdzącą cieczą wypływającą przez szparę przy posadzce.
Drzwi się otwierają. Jest tam kilku ludzi. A dokładniej czterech mężczyzn. Trzech stojących nad jednym. Ubrani na szaro, jednakowo, nie są mocno zbudowani, raczej szpakowatej budowy. Stoją nad człowiekiem z długimi włosami, zlepionymi ową cieczą, człowiek klęczy pochylony ściska się za brzuch. Ma liczne rany i siniaki, połamane palce rąk powykrzywiane w różnych kierunkach. Pluje krwią, jego koniec jest bliski. Jeden z ludzi stojących nad nim unosi metalową pałkę uderzając między łopatkami. Klęczący tego nie wytrzymuje i pada już całkowicie. Jeszcze żyje, choć coraz trudniej oddycha, nie jęczy, nie krzywi się, ale oczy przepełnione są bólem. Drugi ze stojących zaczyna go kopać. Z oczu leżącego zaczyna uciekać ból. Pojawia się obojętność, później mętność, ten co kopie nie przestaje, a pozostali zaśmiewają się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt oprócz umierającego. Patrzy na mnie, ale nie potrafię odczytać z jego oczu już nic. Są puste, martwe. On sam jest martwy.
Nie rozumiem tego choć mam 17 lat. Wciąż za mało. Obraz się rozpływa znów jestem w realnym świecie.
Tuesday, June 3, 2008
Znów, pokój myśli, z którego nie ma wyjścia.
Gdy w końcu ma się odwagę, by stanąć przed samochodem, on Cię omija, gdy idziesz ulicą, mordercy, pedofile i gwałciciele robią sobie wieczór przerwy, gdy idziesz na tory pociągi nie jeżdżą. Napisałam do znajomej, że nie chcę dzisiaj umierać, by kwadrans później wyjść na ulicę i wyskakiwać pod samochody. Każdy mnie mijał, nie było dużego ruchu więc miał duże możliwości manewru. Albo kierowcy jadący za danym samochodem skręcali w uliczki, szukając innej drogi. Pozbawionej 17 letnich dziewczyn próbujących się zabić. Nie mam odwagi by podciąć sobie żyły, łyknąć jakieś tabsy, czy zrobić coś sama. Nie mam odwagi. Muszę mieć kogoś kto zrobi to za mnie.
Dlaczego? Dlaczego tak postępuję. Niszczę życie sobie i innym. Przeze mnie wszyscy mają problemy. Ale sa ludzie, którzy mimo wszystko gdy do nich dzwonię odbierają telefon, choć są padnięci, choć mają masę innych problemów.
Czego chcę od życia? Wiem, chcę je sobie zmarnować, zawsze chciałam. Zamknijcie mnie w psychiatryku, bo mi się to nalezy. Co mam zrobić, byście i wy to zrozumieli?
Nie mam życia, bo życie nie jest dla mnie. WIem już kim jestem, jestem zguba, jestem Bordeline, jestem Beann'she. Jestem zarazą. A jednak jest ktoś kto ma to w dupie. Czasem się wścieknie, ale ma to w dupie. Dlatego mnie do tego człowieka ciągnie. Zastanawiałam się, dlaczego nie mam przyjacół? Bo pogrżając siebie pogrążam i innych. Ludzie przeze mnie mają zakazy tylko dlatego, ze od czasu do czasu rzuci się komuś przelotne "Cześć "na korytarzu szkolnym.
Co się takiego ze mną stało, że tak bardzo chcę umrzeć, czy zawsze taka byłam? Nie wiem. Mam kilka lat wymazanych z pamięci. Wspomnienia te związane z mężczyznami. Nie chę tego pamiętać. Życie jest kurewskie. Każdy o tym wie. Tylko niektorzy sobie z tym radzą, a inni nie. Jestem słabym czlowiekiem, który próbował udawać kogoś innego. Są ludzie, którzy chcą mnie naśladować. Wiem, że tacy są. Współczuję im. Bo wiem, ze popełniają błąd. Zastanawiam się. Jak to będzie z tymi ludźmi, gdy w piątek mnie zobaczą? Gdy zobaczą wrak człowieka a nie jego samego.
Pójdę do psychologa, pójdę ostatni raz. Jeden jedyny, ostatni. Powiem co myślę. Czwartek coraz bliżej. Mam dostęp bez kolejki, jak to powiedziała psycholog. Powiem jej co planuję, jakie myśli mi się pałętają ppo mojej niedojebanej główce. Zrobię to. Nie będę już niczego przed nią ukrywać. Zmienię szkołę. Nie zdam, i zmienię. Ale gdzieś dalej niż miejsce zamieszkania.Gdzieś daleoko i będę milczeć.
Gdy masz odwagę, by zwrócić się do kogoś o pomoc, ten ktoś Ci dojebie, będąc przekonanym, że pomaga. Niszczy Ciebie i niszczy ludzi, którzy mieli z Tobą styczność. Robi wszystko byś została sama znienawidzona przez reszte społeczenstwa. Tak jest, takie życie. A Ciebie boli najbardziej to, ze obrywają inni.
Mogłabym pisać całą noc, ale nie będę, skończę w tym właśnie miejscu i pójdę na spotkanie ze śmiercią, ze snem, który jest jej bratem. Szłam środkiem ulicy, szłam zygzakiem, ale slyszałam tylko pisk opon, zatrzymywanych samochodów, widziałam mijające mnie reflektory i myślałam, jak to będzie gdy mnie w koncu potrąci. Co będę czuła. NIe wiem, ale chcę się dowiedzieć. Nie dziś nie jutro, ale kiedyś się dowiem i nie powiem o tym nikomu. Mam list w portfelu, pisany kilka lat temu, jakże aktualny.
Dlaczego? Dlaczego tak postępuję. Niszczę życie sobie i innym. Przeze mnie wszyscy mają problemy. Ale sa ludzie, którzy mimo wszystko gdy do nich dzwonię odbierają telefon, choć są padnięci, choć mają masę innych problemów.
Czego chcę od życia? Wiem, chcę je sobie zmarnować, zawsze chciałam. Zamknijcie mnie w psychiatryku, bo mi się to nalezy. Co mam zrobić, byście i wy to zrozumieli?
Nie mam życia, bo życie nie jest dla mnie. WIem już kim jestem, jestem zguba, jestem Bordeline, jestem Beann'she. Jestem zarazą. A jednak jest ktoś kto ma to w dupie. Czasem się wścieknie, ale ma to w dupie. Dlatego mnie do tego człowieka ciągnie. Zastanawiałam się, dlaczego nie mam przyjacół? Bo pogrżając siebie pogrążam i innych. Ludzie przeze mnie mają zakazy tylko dlatego, ze od czasu do czasu rzuci się komuś przelotne "Cześć "na korytarzu szkolnym.
Co się takiego ze mną stało, że tak bardzo chcę umrzeć, czy zawsze taka byłam? Nie wiem. Mam kilka lat wymazanych z pamięci. Wspomnienia te związane z mężczyznami. Nie chę tego pamiętać. Życie jest kurewskie. Każdy o tym wie. Tylko niektorzy sobie z tym radzą, a inni nie. Jestem słabym czlowiekiem, który próbował udawać kogoś innego. Są ludzie, którzy chcą mnie naśladować. Wiem, że tacy są. Współczuję im. Bo wiem, ze popełniają błąd. Zastanawiam się. Jak to będzie z tymi ludźmi, gdy w piątek mnie zobaczą? Gdy zobaczą wrak człowieka a nie jego samego.
Pójdę do psychologa, pójdę ostatni raz. Jeden jedyny, ostatni. Powiem co myślę. Czwartek coraz bliżej. Mam dostęp bez kolejki, jak to powiedziała psycholog. Powiem jej co planuję, jakie myśli mi się pałętają ppo mojej niedojebanej główce. Zrobię to. Nie będę już niczego przed nią ukrywać. Zmienię szkołę. Nie zdam, i zmienię. Ale gdzieś dalej niż miejsce zamieszkania.Gdzieś daleoko i będę milczeć.
Gdy masz odwagę, by zwrócić się do kogoś o pomoc, ten ktoś Ci dojebie, będąc przekonanym, że pomaga. Niszczy Ciebie i niszczy ludzi, którzy mieli z Tobą styczność. Robi wszystko byś została sama znienawidzona przez reszte społeczenstwa. Tak jest, takie życie. A Ciebie boli najbardziej to, ze obrywają inni.
Mogłabym pisać całą noc, ale nie będę, skończę w tym właśnie miejscu i pójdę na spotkanie ze śmiercią, ze snem, który jest jej bratem. Szłam środkiem ulicy, szłam zygzakiem, ale slyszałam tylko pisk opon, zatrzymywanych samochodów, widziałam mijające mnie reflektory i myślałam, jak to będzie gdy mnie w koncu potrąci. Co będę czuła. NIe wiem, ale chcę się dowiedzieć. Nie dziś nie jutro, ale kiedyś się dowiem i nie powiem o tym nikomu. Mam list w portfelu, pisany kilka lat temu, jakże aktualny.
Uchyliły się kolejne drzwi. Te prowadziły do świata myśli, które krążyły wokół mnie czasem wrzeszcząc słowa, które czasem bywały nie do zniesienia. Tym razem ze wszystkich sił coś krzyczało. Krzyczało, że bardzo kocham pewną osobę. I mimo, że jeszcze kilka godzin temu była w stanie z tą osobą rozmawiać trzeźwo i obojętnie, teraz bardzo pragnę by owa persona stanęła przede mną, objęła mnie i pocałowała. Tak kocham tę osobę, tęsknię za tą osobą gdy jej nie ma, a nie ma jej coraz częściej i na coraz dłużej. Aż boje się pomyśleć, co będzie, gdy ta persona się wyniesie na zawsze. A to jest coraz bliżej. Nie wiem co ja wtedy zrobię. Zagubiłam się w tym pokoju i chciałam z niego wyjśc, ale nie potrafiłam. Teraz nadal tam tkwię i nadal słyszę jak bardzo tę osobistość kocham, jak bardzo mi tej osoby brak.
Zabiorę Was do mojego świata. Świata pełnego marzeń, które się spełniają. Zabiorę Was tam, gdzie nigdy nikt nie miał prawa wstępu. Tam dokąd prowadzi jedna droga, do której drzwi są zamknięte, a jedyny klucz jaki może owe drzwi otworzyć spoczywa u mnie.
Mój świat i moje kredki. Kredki, które malują różnymi kolorami. O ile w realnym świecie zobaczyć można tylko cztery kolory (brąz, czerń, biel i szarość), nie ważne jak kolorowe miałoby się kredki, nie ważne jak bardzo by się starało, nigdy nie uzyska się innych barw, o tyle w moim świecie jest tylko jeden ołówek, którym malując maluje się wszystkimi odcieniami świata, w zalezności od tego co się chce przekazać. Mój świat jest pełen marzeń, marzeń, które w realnym świecie nie mają prawa bytu. W moim świecie panują reguły, których tak na prawdę nie ma. Istnieją prawdy, których nigdy nikomu się nie ujawnia. Wiedząc, ze nie ważne co bym i gdzie bym napisała cokolwiek odnośnie istnienia tego blogu i tak nikt nigdy nie pokwapilby się tu wejść, bo po co. Z tą świadomością piszę to tu, zachowując to dla siebie, może dla kogoś kto wszedl tu przez przypadek, szukając jak ja kiedyś wyjaśnienia hasła 'alta silentia'. Teatr czas zacząć. Kurtyna w górę.
I
Dróżka wybrukowana czerwoną ksotką (cóż za prymityw), znajdującą sie za wrotami mojego świata. Dróżka się rozgalęzia, gdy dojdzie się do małego ronda, (brukowana ściezka znika, na jej miejscu pojawiają się marmurowe płyty), wewnątrz którego lśni marmurowa fontanna z pomnikiem kobiety. Kobieta, przypomina kształtami barok, ale jest piękna, wygląda jakby kąpała sie w oblewającej ją wodzie. Z rękoma uniesionymi do który opłukuje swoje wlosy. Kobieta od czasu do czasu się porusza, uśmiecha, ale nic nie mówi. Nigdy nic nie mówi, zawsze milczy. Mijam ją, kiwając głową w geście powitalnym, ona uśmiecha się do mnie. Ma czarodziejski uśmiech. W jakim bym nie była nastroju ten wlaśnie jakby nie patrzeć grymas twarzy, sprawia że się uśmiecham. Ten uśmiech sprawia, że zaczynam wierzyć w coś takiego jak nadzieja. Zaczynam wierzyć, że ona jest. Mijam kobietę i udaję się w kierunku jednej ze śxieżek. Przede mną wyrastają kolejne wrota, które trzeba minąć. Klucz, który trzymam w dłoni zmienia swój kształt, dopasowując się do zamka, którego tak na prawdę nie ma, te drzwi wiedzą, że klucz do nich pasuje. Wrota otwierają się. Moim oczom ukazuje się pusty pokój. Bez ścian, bez granic, bez niczego. Biała pustka. Biała, bo na bieli latwiej się tworzy.
Pokój powoli w takt moich mysli zmienia się. Wiem, ze teraz mogę być wszędzie i mogę zobaczyć wszystko co tylko ze chcę, mogę nawet zobaczyć bialego murzyna (kiedys go zobaczyłam). W tym pokoju mogę być również tym kim chcę, mogę być nawet sobą nie udając nikogo, kogo prezentuję na co dzień.
Zamieniam się w malą dziewczynkę. W rękach trzymam piłkę, przede mną stoi trzepak, zwykły metalowy z czterech grubych rurek. Jestem sama, nie ma wokó mnie nikogo. Odbijam piłkę od betonowych plyt po których stąpam. Piłka uderza w szczelinę pomiędzy jedną a drugą płytką i leci na trawnik. Trawnik z trawą niezwykłej zieleni, która ugina się pod niewielkim ciężarem niewielkiej dziewczynki. Teraz jestem w sadzie, pełnym jabłoni. Gałęzie uginają się pod ciężarem owoców, iście czerwonych, zdrowych i soczystych, pozbawionych jakichkolwiek chemikaliów. Piłka lezy pod jednym z drzewek. Staję przed nią i przywołuję ją. Ona posłusznie toczy się ku moim stópkom. Ciągle jestem jednak sama. Sama i smutna, jak ośmioletnia dziewczynka. Siadam pod jedną z jabłoni, pod tą pod którą leżała piłka. Wtulam się we wgłębienie w pniu. Chowam głowę między kolana i cichutko płaczę. Gorzko przełykam łzy. Zza drzewa wyłania się postać. Nie zauważam jej. Kobieta, młoda ma około dwudziestu paru lat. Za nią posłusznie podąża czarny kundel potężnej budowy i kródkiej sierści. Macha ogonem, a jego czerwona obroża błyszczy w słońcu. Kobieta podchodzi do mnie. Kuca przy mnie i obejmuje mnie. - Kim jesteś? - pytam zaskoczona.
- Przyjacielem. - odpowiada spokojnym, jedwabistym głosem kobieta.
- Czyim przyjacielem?
- Jak chcesz to mogę być twoim.
- Ale jesteś ode mnie starsza... Dużo starsza.
- Tylko z wygladu, wewnątrz, też mam osiem lat.
Mój świat i moje kredki. Kredki, które malują różnymi kolorami. O ile w realnym świecie zobaczyć można tylko cztery kolory (brąz, czerń, biel i szarość), nie ważne jak kolorowe miałoby się kredki, nie ważne jak bardzo by się starało, nigdy nie uzyska się innych barw, o tyle w moim świecie jest tylko jeden ołówek, którym malując maluje się wszystkimi odcieniami świata, w zalezności od tego co się chce przekazać. Mój świat jest pełen marzeń, marzeń, które w realnym świecie nie mają prawa bytu. W moim świecie panują reguły, których tak na prawdę nie ma. Istnieją prawdy, których nigdy nikomu się nie ujawnia. Wiedząc, ze nie ważne co bym i gdzie bym napisała cokolwiek odnośnie istnienia tego blogu i tak nikt nigdy nie pokwapilby się tu wejść, bo po co. Z tą świadomością piszę to tu, zachowując to dla siebie, może dla kogoś kto wszedl tu przez przypadek, szukając jak ja kiedyś wyjaśnienia hasła 'alta silentia'. Teatr czas zacząć. Kurtyna w górę.
I
Dróżka wybrukowana czerwoną ksotką (cóż za prymityw), znajdującą sie za wrotami mojego świata. Dróżka się rozgalęzia, gdy dojdzie się do małego ronda, (brukowana ściezka znika, na jej miejscu pojawiają się marmurowe płyty), wewnątrz którego lśni marmurowa fontanna z pomnikiem kobiety. Kobieta, przypomina kształtami barok, ale jest piękna, wygląda jakby kąpała sie w oblewającej ją wodzie. Z rękoma uniesionymi do który opłukuje swoje wlosy. Kobieta od czasu do czasu się porusza, uśmiecha, ale nic nie mówi. Nigdy nic nie mówi, zawsze milczy. Mijam ją, kiwając głową w geście powitalnym, ona uśmiecha się do mnie. Ma czarodziejski uśmiech. W jakim bym nie była nastroju ten wlaśnie jakby nie patrzeć grymas twarzy, sprawia że się uśmiecham. Ten uśmiech sprawia, że zaczynam wierzyć w coś takiego jak nadzieja. Zaczynam wierzyć, że ona jest. Mijam kobietę i udaję się w kierunku jednej ze śxieżek. Przede mną wyrastają kolejne wrota, które trzeba minąć. Klucz, który trzymam w dłoni zmienia swój kształt, dopasowując się do zamka, którego tak na prawdę nie ma, te drzwi wiedzą, że klucz do nich pasuje. Wrota otwierają się. Moim oczom ukazuje się pusty pokój. Bez ścian, bez granic, bez niczego. Biała pustka. Biała, bo na bieli latwiej się tworzy.
Pokój powoli w takt moich mysli zmienia się. Wiem, ze teraz mogę być wszędzie i mogę zobaczyć wszystko co tylko ze chcę, mogę nawet zobaczyć bialego murzyna (kiedys go zobaczyłam). W tym pokoju mogę być również tym kim chcę, mogę być nawet sobą nie udając nikogo, kogo prezentuję na co dzień.
Zamieniam się w malą dziewczynkę. W rękach trzymam piłkę, przede mną stoi trzepak, zwykły metalowy z czterech grubych rurek. Jestem sama, nie ma wokó mnie nikogo. Odbijam piłkę od betonowych plyt po których stąpam. Piłka uderza w szczelinę pomiędzy jedną a drugą płytką i leci na trawnik. Trawnik z trawą niezwykłej zieleni, która ugina się pod niewielkim ciężarem niewielkiej dziewczynki. Teraz jestem w sadzie, pełnym jabłoni. Gałęzie uginają się pod ciężarem owoców, iście czerwonych, zdrowych i soczystych, pozbawionych jakichkolwiek chemikaliów. Piłka lezy pod jednym z drzewek. Staję przed nią i przywołuję ją. Ona posłusznie toczy się ku moim stópkom. Ciągle jestem jednak sama. Sama i smutna, jak ośmioletnia dziewczynka. Siadam pod jedną z jabłoni, pod tą pod którą leżała piłka. Wtulam się we wgłębienie w pniu. Chowam głowę między kolana i cichutko płaczę. Gorzko przełykam łzy. Zza drzewa wyłania się postać. Nie zauważam jej. Kobieta, młoda ma około dwudziestu paru lat. Za nią posłusznie podąża czarny kundel potężnej budowy i kródkiej sierści. Macha ogonem, a jego czerwona obroża błyszczy w słońcu. Kobieta podchodzi do mnie. Kuca przy mnie i obejmuje mnie. - Kim jesteś? - pytam zaskoczona.
- Przyjacielem. - odpowiada spokojnym, jedwabistym głosem kobieta.
- Czyim przyjacielem?
- Jak chcesz to mogę być twoim.
- Ale jesteś ode mnie starsza... Dużo starsza.
- Tylko z wygladu, wewnątrz, też mam osiem lat.
Monday, June 2, 2008
- Żałujesz?
- Nie. Żałować można, że się czegoś czego się nie zrobiło.
Odpowiedź szczera, ale nie do końca prawdziwa. żałowałam, bo wtedy nie zrobiłam nic. Nasze wspólne poczucie winy o upicie się i pozwolenie się upić tej drugiej osobie. I moja obojętność... Było mi obojętne, czy to Ty, czy kto inny, pragnęłam bliskości, trochę innej niż mi ofiarowano...
- Nie. Żałować można, że się czegoś czego się nie zrobiło.
Odpowiedź szczera, ale nie do końca prawdziwa. żałowałam, bo wtedy nie zrobiłam nic. Nasze wspólne poczucie winy o upicie się i pozwolenie się upić tej drugiej osobie. I moja obojętność... Było mi obojętne, czy to Ty, czy kto inny, pragnęłam bliskości, trochę innej niż mi ofiarowano...
Subscribe to:
Posts (Atom)